czelne że właściwie tylko
„czelne, że właściwie tylko stężony kwas solny mógłby im dać radę. I jeszcze jakieś amerykańskie prusaki, wąsate, flegmatyczne, łase na każdy okruszek. I jeszcze białe, tłuste larwy mrówek faraona. I pewna odmiana termitów, przyzwyczajona do warunków wielkomiejskich, szczególnie łapczywa na drewno, papier, tekturę i oczywiście meble.
W Harlemie nie ma życia. Ludzie, którzy tu mieszkają, zaledwie wegetują, w nadziei, że kiedyś, gdzieś, jakoś, uda im się wyrwać z tej przeklętej dzielnicy. Są pełni poczucia krzywdy i pełni nienawiści. Wszystkich „białych" obciążają jednakową miarą odpowiedzialności za swe zmarnowane życie, za dni bez nadziei, za żar rozpalonych ulic i stęchliznę wilgotnych domów, za kłęby robactwa i tabuny bezczelnych, agresywnych szczurów. Ciekawe, swoją drogą, że ani szczury ani karaluchy nie wędrują jakoś na południe, do owych ślicznych, wypieszczonych dzielnic, które poprzednio zwiedziliśmy.
A to przecież jeszcze nie koniec. Jeśli pojedziemy jeszcze dalej na północ Manhattanu, w rejon Sto Osiemdziesiątej Ulicy Zachodniej, czeka nas jeszcze jedna przygoda tak zwany hiszpański Harlem. Domy wyglądają tu tak samo jak w murzyńskim Harlemie; te same szczury, karaluchy i rudery, ta sama wrzawa na ulicach i stare, bezzębne kobiety, odsiadujące resztę życia na połamanych schodkach. Jest jednak pewna różnica. Ta dzielnica jest przez cały rok udekorowana jak na jarmarku w poprzek ulic zwisają girlandy, na każdej ścianie widnieje święty obraz, ubrany kwiatami z plastykowej folii, nawet na podwórkach porozciągano jakieś wstążki, tasiemki i druty z papierowymi kwiatami.“(10)